czwartek, 6 kwietnia 2017

Marcowe wynurzenia: „Captain Fantastic”, „Zło we mnie”, „Kong: Wyspa Czaszki”


„Captain Fantastic”, reż. Matt Ross (USA 2016)


Jak dotąd najlepszy film roku obok „La La Land”. Reżyser i scenarzysta Matt uprawia krytykę totalną – potępia konsumpcjonizm, amerykański rząd, Kościół i współczesne metody wychowawcze. Mogłoby się wydawać, że „Captain Fantastic” jest pochwałą nonkonformizmu, lecz i ta postawa okazuje się szkodliwa. Co ciekawe, satyryczne zacięcie nie wyklucza tu słodko-gorzkiej, dowcipnej historii o rodzinie jako takiej (sympatycy „Małej miss”, będziecie wniebowzięci!). Sądzicie, że to dużo jak na 118 minut? Ross uważa inaczej i dodatkowo znajduje miejsce dla kina drogi, kina inicjacyjnego oraz filozoficznej rozkminy o plusach i minusach życia poza społeczeństwem. Mimo wszystko kapitan fantastyczny nie odleciał na balonie nadęcia i egzaltacji (brawa!). Może to dzięki temu, że akcja filmu kręci się głównie wokół bezpretensjonalnych, jeszcze nieopatrzonych dzieciaków.  

Ocena: 8/10 z serduszkiem

„Zło we mnie”, reż. Oz Perkins (Kanada, USA 2015)


W Polsce „Zło we mnie” zrobiło furorę z opóźnionym zapłonem, kiedy to półtora roku po amerykańskiej premierze debiutem Perkinsa juniora zajarali się dziennikarze Filmwebu. Wyłowili niepozorną perełkę, więc chwała im za to. Umówmy się, reżyser nie obliczył swego filmu na spektakularny efekt, bardziej interesował go sam eksperyment z formułą horroru. Szczątkowa fabuła oraz budowana z pietyzmem aura tajemnicy i niepokoju trzymają w napięciu tylko dlatego, że rodzą następujące pytanie: „o co właściwie chodzi?”. Po dopasowaniu wszystkich elementów otrzymujemy satysfakcjonującą, wywrotową opowieść o naturze zła. Perkins mówi o opętaniu jak nikt dotąd, odkrywa nowe oblicze gatunku. Mimo tego bardziej cenię pokrewną, równie ambitną „Czarownicę”. Za wyższością filmu Roberta Eggersa przemawia czynnik rozrywkowy – przedstawiona historia potrafi widza zaangażować, wciągnąć. A ta leśna wiedźma… Mhm, mistrzostwo. 

Ocena: 7/10

„Kong: Wyspa Czaszki”, reż. Jordan Vogt-Roberts (USA 2017)


Bawiłam się na „Kongu” przednio. Nieczęsto kino rozrywkowe może się poszczycić dbałością o zdjęcia czy montaż, a film Jordana Vogta-Robertsa wygląda bajecznie. Reżyser pełnymi garściami czerpie z „Czasu apokalipsy” (stylistycznie i fabularnie), co w przypadku opowieści o wielkiej małpie wcale nie jest oczywistością. Jasne, dzieło Coppoli dostało się pod bezlitosny topór popkultury, zostało ociosane do rozmiarów akceptowalnych przez blockbuster, ale litości – to miało być widowisko o szlachetnych inspiracjach, nic więcej. Przymknęłam więc oko na łopatologię (wśród bohaterów zabrakło mi tylko jakiegoś Jospeha) i popłynęłam wraz z wartkim nurtem akcji. Cieszyła mnie zwłaszcza brutalność, na którą zdobyli się twórcy, bo „Kong” zyskał dzięki niej odpowiedni „nerw” (scena, w której Cole idzie na jaszczura z dwoma granatami – genialna). Wiele osób czepia się obsady, ale bardziej od bezbarwnych Brie Larson i Toma Hiddlestona przeszkadzał mi Samuel L. Jackson. Czy tylko ja sądzę, że otarł się o karykaturę?

Ocena: 7/10

1 komentarz :

  1. "Zło we mnie" jet cudowne. Bardzo lubię ten film

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...