środa, 20 marca 2013

Alternatywa: propolskość, antypolskość, Zaorski i Smarzowski


Rok 2012 sugerował, że skończyły się czasy wystawiania Polakom filmowych laurek. Produkcje takie jak W ciemności, Róża czy Pokłosie odkryły wstydliwe karty naszej historii, jednocześnie obalając mit o tym, że jesteśmy narodem prawych patriotów-katolików. Tymczasem Janusz Zaorski w Syberiadzie polskiej ponownie sięga po motywy martyrologiczne i tworzy obraz ku pokrzepieniu serc. Jak tę historię o przesiedleńcach opowiedziałby Wojciech Smarzowski, reżyser krytykujący przywary rodaków w sposób najżarliwszy?


Film Zaorskiego z twórczością autora Drogówki łączy tylko jedno – silne osadzenie w krajowych realiach. O ile Syberiada utrzymana jest w tonie podniosłym, to „Smarzol” wykorzystuje każdą możliwą sytuację, by zdemaskować i wyśmiać wady swoich bohaterów (wyjątek stanowi Róża, w której znajdziemy postaci jednoznacznie pozytywne). Zaorski proponuje uproszczoną, jednowymiarową wizję świata, z wyraźnym podziałem na dobrych i złych, przy czym niemal synonimami tych słów są odpowiednio Polacy i Rosjanie. Fabuła kręci się wokół rodziny Dolinów, która chociaż żyje skromnie, rekompensuje sobie braki materialne wzajemnym szacunkiem i miłością. Wywózka do Czerwonego Jaru i szykany antagonistów nie są w stanie jej złamać, przeciwnie, te trudne warunki pozwalają Sybirakom kochać się jeszcze bardziej i docenić wspólnotę, w której solidarnie trwają. Słabość okazuje tylko jedna bohaterka, czarna owca wioski, Irena. Kobieta uwodzi rosyjskiego oficera, aby poprawić warunki bytowe swoje i swoich dzieci, przez co zostaje „ruską dziwką”. Ostatecznie jej historia znika między wątkami o odwadze „prawdziwych patriotów” (napluć Ruskowi w twarz i do łagrów). Zaorski miał szansę ukazania innego, nowego oblicza heroizmu, wolał jednak powielać romantyczne schematy. Okazji tej nie przegapiłby Smarzowski, czyniąc z Ireny dramatyczną i godną podziwu postać, a także oś fabuły. A Dolinowie? Dolinowie nie mieliby racji bytu – w odpowiednich realiach z każdego Polaka wychodzi zwierzę, lubieżnik ze skłonnością do używek i niekończącą żądzą wzbogacania się. Tacy rycerze jak Tadeusz zdarzają się raz na milion, dlatego niemożliwe jest, by był nimi zasiedlony cały Czerwony Jar. Obserwacja społeczności skazanej na ciężką pracę przy wycince drzew na Syberii byłaby dla reżysera okazją do pokazania, jak upada moralność, jak wszelkie wartości niszczeją, a ostatnie prawe jednostki zostają wyeliminowane, zmiażdżone przez system.

Oglądając filmy Smarzowskiego można odnieść wrażenie, że za główny cel postawił sobie burzenie stereotypów. Z Małżowiny dowiadujemy się, że literatura nie powstaje pod wpływem boskiego natchnienia, lecz dosłownie na klozecie, Wesele i Dom zły ukazują w krzywym zwierciadle polską gościnność i instytucję rodziny, Róża udowadnia, że bestialskich czynów dopuszczali się nie tylko Rosjanie i Niemcy, ale też Polacy, Drogówka zaś obrazuje apogeum rozpadu – w tym świecie nie ma już co wyśmiewać, bo wszystko poszło z dymem. U Zaorskiego natomiast życie wewnętrzne bohaterów jest szczelnie wyizolowane od realiów, tych ludzi nie da się złamać, bo zasady wpojone w młodości utwardzone są grubą warstwą wrodzonej uczciwości i pokory. Gdyby szukać literackich odpowiedników, to dla postaci ze Smarzowskiego byliby to biesiadnicy Wesela Wyspiańskiego, natomiast mieszkańcy syberyjskiej wioski przypominają walecznych i niezłomnych bohaterów Ogniem i mieczem Sienkiewicza. Autor Drogówki wzbogaciłby ich o bardziej modernistyczny światopogląd.


 "No chyba cię poj***ło, Zaorski"


Jedynym z głównych zarzutów przeciwko Syberiadzie polskiej jest sztuczność scenografii. Nie tylko życiorysy Dolinów są czyste jak łza, nienaturalnie sterylne są również baraki, w których przebywają. Nie dość, że bohaterzy mieszkają w skansenie, to wycinka lasu wydaje się tam niewiele trudniejsza niż zbieranie grzybów. Dla Smarzowskiego umieszczenie akcji na Syberii łączyłoby się prawdopodobnie z usytuowaniem aktorów w klaustrofobicznie ciasnych i brudnych przestrzeniach oraz z epatowaniem drastycznymi widokami. Gdy w Syberiadzie ktoś umiera, widz jest spokojny, bo wie, że ci „dobrzy” znajdą po drugiej stornie ukojenie, a „źli” zwyczajnie sobie na to zasłużyli. Mord u Smarzowskiego budzi zgrozę o wiele większą, gdyż w świecie, którym nikt w nic nie wierzy, także po śmierci (zwykle nagłej, dotykającej niewinnych) nic już nas nie czeka. Jego Syberia mogłaby być cmentarzem, piekłem na miarę Conradowskiego Konga z Jądra ciemności.

Przerabianie Syberiady polskiej na film w stylu dokonań Smarzowskiego wyobrażam sobie jak oglądanie obrazka pięknej panienki, który odwrócony do góry nogami okazuje się portretem staruszki. Produkcje obu reżyserów pokazują z pozoru to samo, jednak z zupełnie innych perspektyw. Polska ma w kinie swoje dwa całkiem odmienne oblicza – jedno nieskazitelnie piękne, drugie zaś z masochistyczną przyjemnością obnaża swoje liczne defekty. Przejście od jednego do drugiego postrzegania wymaga półobrotu, przebiegunowania, co w przełożeniu na materię filmową zdaje się nieosiągalne. Gdyby Smarzowski chciał nakręcić Syberiadę polską, musiałby napisać od nowa scenariusz, jednak jestem pewna, że pozostawiłby scenę, w której Staszek Dolina zamachuje się z siekierą na rosyjskiego oficera. Reżyser konsekwentnie używa tego rekwizytu w każdym swoim obrazie, bo jak sam podkreśla w wywiadach, „siekiera pasuje do Polaka”. Spodziewam się jednak, że w jego wersji Staszek by nie chybił.

Pełną recenzję Syberiady polskiej publikowałam tu:


O Smarzowskiego zahaczałam natomiast tu:


1 komentarz :

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...